poniedziałek, 10 marca 2014

Systematyczne inwestowanie opłaca się, jeśli nie jest bierne - analiza .



Osiem słusznych decyzji w ciągu ostatnich 14 lat mogło przyczynić się do podwojenia zysków, podczas gdy bierne systematyczne oszczędzanie w ponad połowie przypadków nie pozwoliło na wypracowanie zysków, które przewyższałyby inflację.

Prawie 25,4 tys. zł – taki kapitał mógł zgromadzić inwestor, który począwszy od 2000 roku regularnie co miesiąc inwestowałby 100 zł w fundusz polskich akcji. Przy sumie dokonanych wpłat w wysokości 17,1 tys. oznacza to całkowity zysk na poziomie 48,3 proc., co przekłada się na średnią roczną stopę zwrotu rzędu 3,4 proc. Tyle wyniosła średnia dla 11 działających nieprzerwanie od tego czasu funduszy. Najlepszych fundusz osiągnął zysk lekko przekraczający 100 proc., czyli ok. 6,2 proc. średnio rocznie. Znalazł się też niestety jeden taki, który w omawianym okresie przyniósł 7,5-proc. stratę.



Prezentowane stopy zwrotu są zyskami brutto, czyli przed odliczeniem 19-proc. podatku. Gdyby go uwzględnić, średni roczny zysk dla wszystkich funduszy stopniałby do 2,76 proc., a dla tego najlepszego do ok. 5,2 proc. W latach 2000-2013 średnia roczna inflacja wyniosła 3,3 proc., a to oznacza, że realny zysk przyniosły tylko te fundusze, które odnotowały wyższe stopy zwrotu netto. W omawianym okresie było ich cztery (na 11 analizowanych).




Od funduszy akcji oczekiwałoby się jednak więcej, zwłaszcza z uwagi na wysokie ryzyko związane z tym rodzajem inwestycji. Zyski na poziomie inflacji można przecież w stosunkowo bezpieczny sposób wypracować na bezpiecznych lokatach bankowych czy obligacjach skarbowych, wystarczy aktywnie przeglądać oferty i wybierać te z najwyższymi odsetkami. W przypadku większości funduszy akcyjnych, inwestując regularnie bez oglądania się na aktualną koniunkturę rynkową, w ostatnich czternastu latach trudno było liczyć na dużo więcej, a nawet jeśli się to udało, to trzeba jeszcze było mieć nieco szczęścia, żeby trafić na ten właściwy fundusz.

Sposobem na to, żeby zwiększyć szanse na zysk, jest wykazanie minimum aktywności w zarządzaniu swoimi oszczędnościami, reagując na występujące na giełdach akcji naprzemiennie okresy hossy i bessy. Przyjęcie prostej zasady, że przy spadku indeksu WIG o co najmniej 20 proc. od poprzedniego szczytu dokonujemy konwersji na fundusz pieniężny, a gdy po jakimś czasie indeks wzrośnie o przynajmniej 20 proc. od ostatniego dołka wracamy z powrotem do funduszu akcji (płacąc przy tym ewentualny podatek od zysków i prowizje) powoduje, że w omawianym okresie średni całkowity zysk przed opodatkowaniem funduszy polskich akcji przekroczyłby 137 proc., a średnio rocznie sięgnąłby 6,2 proc. Oznaczałoby to, że z wpłaconych 17,1 tys. zł, jak w powyższym przykładzie, średnio można by było odłożyć ponad 40,5 tys. zł, czyli o ponad połowę więcej niż w przypadku inwestowania regularnego, ale biernego. Od 2000 roku naliczyliśmy cztery takie cykle, w których „sprzedawaliśmy” (po spadku WIG-u o 20 proc. od ostatniego szczytu), a następnie „kupowaliśmy” (po wzroście o WIG-u o 20 proc. od ostatniego dołka).





Przy zastosowaniu opisanej powyżej prostej formy „timingu”, czyli reagowania na bieżące wydarzenia rynkowe zgodnie z przyjętą na początku strategią, zwraca uwagę także to, że poza zdecydowanym zwiększeniem szansy na realny zysk (w omawianym przykładzie zanotowały go wszystkie fundusze), mniejsze jest też ryzyko wybrania funduszu, który będzie wypadał słabo na tle konkurencji. W przypadku systematycznego inwestowania bez zastosowania „timingu” różnica pomiędzy najlepszym a najsłabszym funduszem akcji była bowiem ponad trzykrotna (z możliwością poniesienia straty włącznie), podczas gdy po jego zastosowaniu dwukrotna.

Średnioroczne zyski funduszy akcji polskich w latach 2000-2014




Źródło: Open Finance.

Zakres procentowej zmiany wartości inwestycji czy indeksu, po osiągnięciu której zamykamy czy rozpoczynamy inwestycję, można ustalić na mniejszym poziomie od tego przyjętego w naszym przykładzie, np. na 10 czy 15 proc. Ponieważ żeby odrobić spadek o 20 proc. potrzebny jest wzrost o 25 proc., można też zróżnicować wysokość progów w zależności od tego, czy dotyczą wzrostu czy spadku. Trzeba jednak pamiętać, że na im mniejszym poziomie ustalimy progi, tym częściej będzie zachodziła konieczność dokonywania konwersji. A w przypadku, gdy będzie to związane z dodatkowymi kosztami (prowizje, podatek) może się okazać, że będzie to nieopłacalne. Dlatego w przypadku funduszy warto wybierać fundusze parasolowe, gdzie korzysta się z odroczenia podatku od zysków kapitałowych do czasu ostatecznego wyjścia z inwestycji. Warto też zawczasu dokładnie przestudiować tabele opłat i prowizji pod kątem wysokości opłat w przypadku dokonywania ewentualnych konwersji (zamian) pomiędzy funduszami.


 źródło: informacja prasow, Bernard Waszczyk, Open Finance


czwartek, 6 marca 2014

Inwestowaniu w obligacje korporacyjne



Jedną z najprzyjemniejszych rzeczy w inwestowaniu w obligacje korporacyjne są regularnie wypłacane odsetki, często kilkukrotnie wyższe niż na lokacie bankowej. Przy tym inwestycja pozbawiona jest stresujących codziennych wahań wartości, jak to dzieje się w przypadku akcji. O ile przeprowadzi się ją mądrze.


Ale tak jak w życiu, a zwłaszcza w finansach, nie ma nic za darmo. Ceną za wyższe odsetki jest wyższe ryzyko inwestycji, a często także jej niższa płynność. O ile w dobie bankowości internetowej lokatę możemy zerwać o każdej porze dnia i nocy, tak obligacje korporacyjne można sprzedać tylko w dni robocze, gdy działa Giełda, a i to pod warunkiem, że znajdzie się kupiec. Pod tym względem pewnym kompromisem mogą być fundusze obligacji korporacyjnych, które warunki wyjścia z inwestycji mają ściśle określone.

Z kolei niewielkie wahania wartości obligacji (na naszym rynku obligacji korporacyjnych, ich ceny zwykle oscylują w pobliżu wartości nominalnych, a nie należą do rzadkości sytuacje, gdy ceny obligacji zmieniają się mniej niż o 1-2 proc. w ciągu kilku... lat) mogą okazać się zaletą dla inwestorów ceniących spokój ducha, lecz zarazem oznacza to potencjał zysków ograniczony zwykle do wysokości oprocentowania, które obecnie w przypadku obligacji firm (bez banków) wynosi 8,35 proc. (źródło: Obligacje.pl). Akcje pozbawione są tych ograniczeń, ale oznacza to możliwość osiągnięcia zarówno ponadprzeciętnego zysku jak i równie bolesnej straty.

Natomiast korzystną – w obecnych warunkach – cechą krajowego rynku obligacji korporacyjnych jest fakt, że w zdecydowanej większości są to papiery o zmiennym oprocentowaniu, tj. opartym o stopę WIBOR plus marżę w stałej wysokości. W ten sposób oprocentowanie obligacji automatycznie rośnie lub spada zgodnie z ruchami stóp WIBOR. Ponieważ rynek raczej będzie powoli zmierzał w kierunku podwyżek stóp, niż ich dalszego obniżania, w tym konkretnym momencie konstrukcja zmiennego oprocentowania może okazać się korzystna dla inwestorów. Można powiedzieć, że dzięki zmiennemu oprocentowaniu, inwestorzy unikają ryzyka związanego z ze zmianą stóp procentowych. Nadal jednak ryzykiem pozostaje kondycja samych emitentów – spółek, które wypuszczają obligacje.

Obligacja nie jest przecież niczym innym niż dług, a o jego bezpieczeństwie decyduje zdolność spółki do obsługi zadłużenia i spłaty obligacji. Warto więc w tym miejscu przypomnieć, że tylko w 2014 r. spółki notowane na Catalyst złożyły trzy wnioski ogłoszenie upadłości układowej, z czego dwa tylko w zeszłym tygodniu. Inwestorzy o mniejszym doświadczeniu nie powinni więc łatwo ulegać pokusie stwarzanej przez obligacje o wysokim oprocentowaniu – nie ma w tym przypadku, że najbardziej ryzykowne obligacje cechują się najwyższą rentownością. Być może za cenę niższych zysków (ale wciąż znacznie wyższych niż na bankowej lokacie) warto zainwestować w obligacje firm za pośrednictwem funduszy inwestycyjnych, które po pierwsze dokonają selekcji inwestycji do portfela, po drugie rozłożą ryzyko między wielu (np. 100) różnych emitentów.

Na koniec, opisując instrument inwestycyjny, jakim są obligacje korporacyjne, kilka słów o tym, czym obligacje korporacyjne nie są – nie są kolejnym egzotycznym wynalazkiem finansistów, których główną ideą było takie skonstruowanie produktu, by zarobić jak najwięcej na prowizjach. Zarówno zakup obligacji jak i otrzymywanie odsetek nie wiąże się z żadnymi dodatkowymi kosztami. Nie jest to także instrument egzotyczny, choć może się tak wydawać, ponieważ nie był on dotąd zbyt popularny w Polsce. Dopiero publiczne emisje obligacji takich firm jak PKN Orlen, Getin Noble Bank czy Kruk, sprawiają, że coraz więcej detalicznych inwestorów interesuje się rynkiem, który rośnie o 30 proc. rocznie. Na świecie natomiast rynki obligacji funkcjonują równolegle do rynków akcji od dekad i są bardzo popularną formą inwestowania (przeważnie jednak w ramach grupowych form inwestowania jak ubezpieczyciele czy fundusze). Ich popularność wynika z prostoty obligacji, gdzie zysk tworzą wypłacane odsetki w wysokości przewyższającej oprocentowanie depozytów bankowych.


źródło: informacja prasowa, Roman Przasnyski, Open Finance